czwartek, 20 grudnia 2012

It's been a long time...

Podejrzewam, że tego posta powinnam zacząć od złożenia wielkich przeprosin wszystkim tym, którzy śledzą tego bloga (dzięki Bogu jest ich niewielu) za niedługą przerwę w dodawaniu postów. No, ale skoro mam wolną chwilę, bo mieszkanie wysprzątane, a obecnie nie mogę znaleźć żadnego ciekawego filmu o zombie, stwierdziłam, że stworzę kolejny wspaniały wpis :)
Przerwa w postowaniu wcale nie oznacza przerwy w zajmowaniu się moimi włosami. Bynajmniej. W tym czasie trochę więcej poczytałam, pooglądałam, a przede wszystkim obserwowałam swoje włosy i ich reakcję na pielęgnację różnymi kosmetykami. 
Myślę, że mogę spokojnie stwierdzić, iż ich kondycja zdecydowanie się poprawiła. Może nie widać tego na co dzień, gdy wiatr i mróz wychłosta je na lewo i prawo, ale zmiana jest zauważalna przede wszystkim po umyciu włosów. Mają zupełnie inny wygląd, są gładsze, a co najważniejsze nie ma już pojedynczych odstających włosów, tylko mają hm..jak to mądrze nazwać jednolitą strukturę?:D 
Oczywiście nie odpuściłam sobie olejowania, jedyne, co zmieniłam to...oleje. 
Przez ten cały czas próbowałam różnych. Od olejku dla matek z Rossmana, przez olej babassu w czystej postaci (swoją drogą już wiem, dlaczego odżywka z Issany z babassu - przez wszystkich tak zachwalana, na mnie działała raczej kiepsko), kończąc na ciągłym męczeniu olejku kokosowego. 
Mimo dość długiego stosowania, nie odczuwałam spektakularnych zmian, więc postanowiłam sobie co nieco poczytać na ten temat i popytać mądrzejszych ode mnie w tej kwestii. Pierwsze, czego się dowiedziałam to, to, że olejek z babassu jest olejem NASYCONYM. Z tego, co wyczytałam wiąże się to z porowatością włosów i zależnie od tego, jakie one są (wysoko bądź niskoporowate), należy dobierać odpowiednie oleje. 
Biorąc pod uwagę to wszystko plus fakt, że po wyżej wymienionych olejach moje włosy były raczej sianowate niż gładkie, stwierdziłam, że trzeba się rozejrzeć za tymi, które nasycone nie są. Wybrałam dwa, zaryzykowałam i okazało się, że działają na moje włosy o wiele lepiej niż poprzednie. Wiem, ze metoda eliminacji potrzebuje trochę czasu, ale sama doskonale wiem, jak ciężko czymkolwiek określić, jaką porowatość mają włosy, także w kwestii olejowania myślę, że najlepiej po prostu próbować i obserwować swoje włosy :)
Dobra, to teraz pokażę Wam, na co się zdecydowałam. Nie robiłam zdjęć opakowania, bo mi się z nich wszystko starło, a widok butelek chyba nikogo nie kręci :D także wrzucam focie samego oleju:)

I - olejek z pestek moreli:

II - olejek z pestek truskawek:
Trzeba przyznać, że ten drugi trochę śmierdzi (nie, niestety nie roznosi się piękny zapach truskawek:D), ale jestem naprawdę zadowolona z zakupu.
Poza tym, że robią bardzo fajne rzeczy na włosach, to jeszcze nadają się na pielęgnacje cery. Czasem jak mam jesień średniowiecza na twarzy, wklepuje sobie którychś z nich (najbardziej lubię z pestek moreli) na noc i rano skóra jest trochę bardziej miękka i mniej zaczerwieniona. 
W ogóle zauważyłam, że niektóre elementy pielęgnacji włosów dobrze też działają na buźkę :D Ostatnio odkryłam, że ukochane przeze mnie siemię lniane mogę też spokojnie używać jako maski hm...wygładzająco-łagodzącej na twarz i jest super! Także jeżeli macie jakieś niemiłe niespodzianki, zaczerwienienia, pryszcze to warto sobie ugotować trochę siemienia i nałożyć na twarz na 20minut. Skóra jest o wiele bardziej gładka i miękka :)

Jeżeli chodzi o mycie - to tu nie zmieniło się zbyt wiele. Staram się myć włosy wszystkim tym, co jest delikatne, także na wannie coraz więcej pojawia się opakować żelu do higieny intymnej, ewentualnie po prostu zostaję przy Babydreamie :)
W kwestii odżywek...- tu pojawiły się pewne zmiany. Przede wszystkim zaczęłam BARDZO doceniać proteiny. Nie mam w tym zbyt wielkie wiedzy (jeszcze!), więc bzdur wypisywać nie będę, ale zauważyłam, że odpowiednio dobrane proteiny potrafią działać cuda. Dlatego właśnie poszłam z kierunku jedwabiu( i tu używam tej cudnej odżywki KLIK! ) a także protein mlekowych (tu nieśmiertelna Joanna KLIK!). 

Co do stylizacji to standardowo - żel z siemienia (przy czym tu ostatnio używam dość sporo, bo fajnie zapobiega strączkowaniu się włosów jeżeli jest używany pod np. żel mrożący) + inny stylizator.
Jedyne, czego teraz BARDZO potrzebuję to podcięcia moich włosów. Mam nadzieję, że pani fryzjerka, z którą sie niedługo spotkam nie zrobi moim włosom krzywdy i będą się pięknie kręcić!

Wiem, że ten wpis niewiele wnosi do Waszego życia, a już zwłaszcza do tych, którzy mają o wiele większą wiedzę na temat tego typu pielęgnacji kręconych włosów, ale wrzucam tu BARDZO powoli informacje i rzeczy, których się metodą prób i błędów uczę :)

Z okazji zbliżających się świąt, życzę HAPPY KISSMYASS i szczęśliwego Nowego Roku :)
Do zobaczenia w następnym poście za pół roku :D